Wynajem busów
                                             Wynajem busów

Biały Dunajec

Chabówka

Czarny Dunajec Frycowa
Jazowsko

Klikuszowa

Kościelisko Łącko
Limanowa Lubomierz Młodów Mystków
Nowy Sącz Paszyn Poronin Rdzawka
Sromowce Wyżne
Stary Sącz Szczawa Tylmanowa
Zakopane Szczawnica Bukowina Tatrzańska Czarna Góra
Czorsztyn Grywałd Kamienica Kluszkowce
Krościenko nad Dunajcem
Lasek Łopuszna Maniowy
Mszana Dolna Niedzica Nowy Targ Piwniczna Zdrój
Rabka Zdrój Rytro Stara Wieś Szaflary
Zabrzeż Morskie Oko Dolina pięciu Stawów Białka Tatrzańska
Jurgów Leśnica Gronków Krośnica
Mszana Górna Zalesie Jaworki Krośnica
Stasikówka Rogoźnik Ostrowsko Kadcza
Rzeczanów Życzanów Sromowce Niżne Gołkowice Dolne Maszkowice

Wynajem busów

Poniedziałek. To Harry’emu o czym´s przypomniało. Je´sli jest poniedziałek—
a zwykle mo˙zna było polega´c na Dudleyu, je´sli chodzi o dni tygodnia, z powodu
wszystkich seriali, które regularnie ogla˛dał — to jutro, we wtorek, sa˛ jedenaste
urodziny Harry’ego. Oczywi´scie jego urodziny nigdy nie były specjalnie przyjemne
— w ubiegłym roku wuj Vernon dał mu wieszak i par˛e starych skarpetek.
No, ale nie co dzie´n ko´nczy si˛e jedena´scie lat.
Wuj Vernon wrócił us´miechnie˛ty. Niósł jakis´ długi, wa˛ski pakunek i nie odpowiedział
ciotce Petunii, kiedy go zapytała, co kupił.
—Znalazłem wspaniałe miejsce!—oznajmił.—Szybko! Wszyscy wysiadaja
˛!
Było bardzo zimno. Wuj Vernon wskazywał na cos´, co wygla˛dało jak wielka
skała wystaja˛ca z morza. Na jej szczycie widniała jakas´ mizerna chałupka. Jedno
było pewne: nie nale˙zało si˛e tam spodziewa´c telewizora.
— Na noc zapowiadaja˛ sztorm — powiedział wuj Vernon wesoło, zacieraja˛c
dłonie.— A ten zacny jegomo´s´c zgodził si˛e po˙zyczy´c nam łód´z!
Wtym momencie podszedł do nich jakis´ bezze˛bny staruch, wskazuja˛c na stara˛
szalupe˛, podskakuja˛ca˛ na stalowo-szarej wodzie.
— Zdobyłem te˙z troch˛e prowiantu — rzekł wuj Vernon — wi˛ec wszyscy na
pokład!Włodzi było przera´zliwie zimno. Lodowate rozpryski fal i krople deszczu
spływały im po plecach, a mro´zny wiatr chłostał im twarze. W ko´ncu — a wydawało
si˛e, ˙ze upłyn˛eły całe godziny—dopłyn˛eli do owej skały, gdzie wuj Vernon,
potykaja˛c sie˛ i s´lizgaja˛c, powiódł ich do zrujnowanego domu.
Wewna˛trz było okropnie: cuchne˛ło zgniłymi wodorostami, wiatr gwizdał
przez dziury w drewnianych ´scianach, a puste palenisko zamokło. Na dodatek
dom miał tylko dwie izby.
„Prowiant” wuja Vernona okazał si˛e czterema torebkami chipsów i czterema
bananami. Próbował rozpali´c ogie´n, ale torebki po chipsach narobiły tylko troch˛e
dymu i zwin˛eły si˛e w ruloniki.
— Teraz moga˛ nam na kichac´, co?—zagadywał wesoło.
Był w bardzo dobrym nastroju. Najwidoczniej uznał, ˙ze nikt nie dostarczy tu
poczty, zwłaszcza podczas sztormu. Harry zgadzał si˛e z tym, ale jego wcale to nie
wprawiało w dobry humor.
Kiedy zapadła noc, rozp˛etał si˛e zapowiadany sztorm. Olbrzymie fale chłostały
´sciany chatki, a dziki wiatr łomotał w brudne okna. Ciotka Petunia znalazła
kilka zaple´sniałych koców i zrobiła Dudleyowi posłanie na zjedzonej przez mole
kanapie. Ona i wuj Vernon zaje˛li kulawe łóz˙ko w sa˛siedniej izbie, a Harry musiał
sobie znalez´c´ najbardziej mie˛kki kawałek podłogi i zwina˛c´ sie˛ na nim w kłe˛bek
pod najcie´nszym i najbardziej postrz˛epionym kocem.
Sztorm rozszalał sie˛ na dobre i Harry nie mógł zasna˛c´. Dygotał z zimna i przewracał
sie˛ na twardej podłodze, czuja˛c, jak burczy mu w brzuchu z głodu. Koło
północy chrapanie Dudleya zagłuszyły przetaczaja˛ce sie˛ nisko grzmoty. Pods´wie-
30
tlona tarcza elektronicznego zegarka, połyskuja˛ca na zwisaja˛cej z kanapy re˛ce
Dudleya, powiedziała Harry’emu, ˙ze jest za dziesi˛e´c jedenasta. Le˙zał i patrzył,
jak zbliz˙aja˛ sie˛ jego urodziny, rozmys´laja˛c sme˛tnie, czy Dursleyowie be˛da˛ o nich
pamie˛tac´ i zastanawiaja˛c sie˛, gdzie moz˙e byc´ teraz nadawca listów.
Pie˛c´ minut przed północa˛Harry usłyszał jakies´ okropne trzaski.Miał nadzieje˛,
˙ze sufit si˛e nie zapadnie, chocia˙z z drugiej strony mo˙ze byłoby mu cieplej, gdyby
tak si˛e stało. Jeszcze cztery minuty. Mo˙ze w domu na Privet Drive po ich powrocie
b˛edzie tyle listów, ˙ze uda mu si˛e jako´s skra´s´c cho´c jeden?
Trzy minuty. Czy to morze tak łomoce w skał˛e? I (dwie minuty) co to za
dziwne skrzypienie? Czy˙zby ta skała zapadała si˛e w morze? Jeszcze jedna minuta
i b˛edzie miał jedena´scie lat. Trzydzie´sci sekund. . . dwadzie´scia. . . dziesi˛e´c. . .
dziewi˛e´c — mo˙ze by tak obudzi´c Dudleya—trzy. . . dwie. . . jedna. . .
BUUM.
Cała chatka zadygotała, a Harry poderwał sie˛, wytrzeszczaja˛c oczy w ciemno-
s´ci. Ktos´ był na zewna˛trz i najwyraz´niej łomotał w drzwi.
Rozdział 4
Stra˙znik kluczy
BUUM. Znowu łomotanie do drzwi. Dudley obudził si˛e i usiadł na kanapie.
—Gdzie jest ta armata?— zapytał głupio.
Rozległ si˛e głuchy trzask za nimi i do pokoju wkroczył wuj Vernon.Wr˛ekach
miał strzelbe˛ — teraz sie˛ dowiedzieli, co było w tym długim, wa˛skim pakunku.
—Kto tam?— krzykna˛ł.—Ostrzegam. . . jestem uzbrojony!
Na chwil˛e zrobiło si˛e cicho, a potem. . .
wynajem busów Drzwi otworzyły si˛e tak gwałtownie, ˙ze wypadły z zawiasów i z okropnym łoskotem
wyla˛dowały na podłodze. W otworze wejs´ciowym stał olbrzymi me˛z˙czyzna.
Twarz miał prawie całkowicie ukryta˛ pod długimi, zmierzwionymi włosami
i dzika˛, spla˛tana˛ broda˛; tylko czarne oczy błyszczały jak dwa z˙uki spomie˛dzy tej
pla˛taniny.
Olbrzym wcisna˛ł sie˛ do s´rodka, garbia˛c sie˛, z˙eby nie zawadzic´ o sufit. Pochylił
sie˛, podniósł drzwi i z łatwos´cia˛ osadził je z powrotem w zawiasach. Ryk sztormu
nieco przycichł. Odwrócił si˛e i zmierzył ich spojrzeniem.
— Mo˙ze by kto´s zrobił kubek herbatki, co? Przeleciałem kawał ´swiata. Nie
było letko. . .
Podszedł do kanapy, na której siedział Dudley zdr˛etwiały ze strachu.
—Su´n si˛e, grubasie— powiedział łagodnie przybysz.
Dudley zakwiczał i uciekł, z˙eby sie˛ schowac´ za matka˛, która z kolei skuliła
si˛e, przera˙zona, za wujem Vernonem.
—No i jest nasz Harry!—rzekł olbrzym. Harry spojrzał w te˛ dzika˛, mroczna˛
twarz i zobaczył, ˙ze czarne oczy rozjarzyły si˛e u´smiechem.
— Kiedy ci˛e ostatni raz widziałem, byłe´s jeszcze niemowlakiem — powiedział
olbrzym.— Wykapany tata, ale oczy to masz po matce.
Wuj Vernon wydał z siebie dziwny, zgrzytliwy d´zwi˛ek.
— ˙Za˛dam, aby pan sie˛ sta˛d wyniósł!—oznajmił.—Natychmiast! To włamanie
i naj´scie!
32
— Och, przymknij si˛e, Dursley, ty wielka ´sliwko w occie — odparł olbrzym.
Sie˛gna˛ł ponad oparciem sofy, wyrwał wujowi Vernonowi strzelbe˛ z ra˛k, zawia˛zał
ja˛w supeł z taka˛ łatwos´cia˛, jakby była z gumy, i cisna˛ł w ka˛t. Wuj Vernon wydał
z siebie jeszcze jeden dziwny dz´wie˛k, tym razem jakby ktos´ nadepna˛ł na mysz.
— Tak czy owak, Harry — powiedział olbrzym, odwracaja˛c sie˛ od Dursleyów
— mnóstwo szcz˛e´scia w dniu urodzin. Mam tu co´s dla ciebie. . . w pewnym
momencie chyba na tym usiadłem, ale smakuje wcia˛z˙ tak samo. Z wewne˛trznej
kieszeni czarnego płaszcza wycia˛gna˛ł nieco zgniecione pudełko. Harry otworzył
je drz˙a˛cymi palcami.Wewna˛trz był wielki, czekoladowy tort z napisem z zielonego
lukru:
wynajem busów Harry’emu w dniu urodzin.
Harry spojrzał na olbrzyma. Zamierzał mu podzi˛ekowa´c, ale zanim słowa dotarły
mu do ust, gdzies´ sie˛ pogubiły i wyja˛kał tylko:
—Kim pan jest?
Olbrzym zacmokał.
— Cholibka, przecie˙z ja si˛e nie przedstawiłem. Rubeus Hagrid, stra˙znik kluczy
i gajowy w Hogwarcie. Wycia˛gna˛ł wielka˛ łape˛ i potrza˛sna˛ł cała˛ re˛ka˛ Harry’ego.
— No to jak, be˛dzie ta herbatka? — zapytał, zacieraja˛c dłonie. — Nie odmówiłbym
chlapni˛ecia czego´s mocniejszego, je´sli macie.
Jego wzrok padł na puste palenisko z resztkami okopconych torebek po chipsach.
Chrza˛kna˛ł, pochylił sie˛ nad paleniskiem, tak z˙e nikt nie zdołał zobaczyc´, co
tam robi, ale kiedy sie˛ wyprostował, w kominku huczał wielki ogien´. Wilgotna˛
izbe˛ rozjas´nił migoca˛cy blask płomieni, a Harry poczuł rozkoszne ciepło w całym
ciele, jakby wlazł do wanny z gora˛ca˛woda˛.
Olbrzym usiadł z powrotem na kanapie, która zatrzeszczała pod jego ci˛e˙zarem,
i zacza˛ł wyjmowac´ z kieszeni płaszcza najróz˙niejsze przedmioty: miedziany
kociołek, paczk˛e nieco przydeptanych kiełbasek, pogrzebacz, czajnik do herbaty,
kilka wyszczerbionych kubków i butelk˛e z jakim´s bursztynowym płynem, z której
pocia˛gna˛ł zdrowo, zanim zabrał sie˛ do robienia herbaty. Wkrótce izba wypełniła
sie˛ zapachem skwiercza˛cych nad ogniem kiełbasek. Nikt nie wyrzekł ani jednego
słowa, ale kiedy olbrzym zsuna˛ł z pogrzebacza pierwszych szes´c´ tłustych, soczystych,
lekko nadpieczonych kiełbasek, Dudley okazał pewne zaniepokojenie.
— Nie wa˙z si˛e niczego od niego bra´c, Dudley—rzucił ostro wuj Vernon.
Olbrzym zacmokał.
—Nie martw si˛e, Dursley, ten twój budyniowaty synalek i tak ju˙z ma za du˙zo
tłuszczu.
Podał kiełbaski Harry’emu, który był tak głodny, ˙ze czuł, jakby jeszcze nigdy
w ˙zyciu nie jadł czego´s tak wspaniałego, ale przez cały czas nie odrywał oczu
33
od olbrzyma. W ko´ncu, kiedy jako´s nikt nie kwapił si˛e, by wyja´sni´c mu, co to
wszystko ma znaczy´c, o´smielił si˛e zauwa˙zy´c:
— Przepraszam, ale tak naprawd˛e, to nie mam poj˛ecia, kim pan jest.
Olbrzym przełkna˛ł głos´no łyk herbaty i otarł usta wierzchem dłoni.
—Mów mi wynajem busów Hagrid—powiedział.—Ka˙zdy mi tak mówi. Jak ju˙z wspomniałem,
jestem klucznikiem w Hogwart. . . Chyba wiesz wszystko o Hogwarcie, co?
— Ee. . . nie — wyznał Harry. Wygla˛dało na to, z˙e Hagridem naprawde˛ to
wstrza˛sne˛ło.
— Przykro mi — dodał szybko Harry.
— Przykro? — warkna˛ł Hagrid, odwracaja˛c sie˛, by spojrzec´ na Dursleyów,
którzy pochowali sie˛ po ciemnych ka˛tach izby.—To tym mugolom powinno byc´
przykro!Wiedziałem, z˙e nie oddaja˛ ci listów, ale nie przyszło mi do głowy, z˙e nie
be˛dziesz nic wiedział o Hogwarcie! I co, nigdy sie˛ nie zastanawiałes´, ska˛d twoi
rodzice nauczyli si˛e tego wszystkiego?
—Czego wszystkiego?— zapytał Harry.
— CZEGO WSZYSTKIEGO? — zagrzmiał Hagrid. — Zaraz, zaraz, chwileczk
˛e!
Zerwał si˛e na nogi. Był tak w´sciekły, ˙ze w izbie zrobiło si˛e g˛esto. Dursleyowie
wcisn˛eli si˛e w ´sciany.
— Chcecie mi powiedziec´ — rykna˛ł na nich — z˙e ten chłopiec. . . ten chłopiec!.
. . NIC nie wie?
Harry uznał, z˙e olbrzym posuna˛ł sie˛ troche˛ za daleko. Ostatecznie chodził do
szkoły i wcale nie miał najgorszych stopni.
—Co´s tam wiem— o´swiadczył.—Znam matm˛e i par˛e innych spraw.
Ale Hagrid tylko machna˛ł re˛ka˛ i powiedział:
— Mnie chodzi o nasz ´swiat. Twój ´swiat. Mój ´swiat. ´ Swiat twoich rodziców.
— Jaki ´swiat?
Hagrid wygla˛dał, jakby za chwile˛ miał eksplodowac´.
— DURSLEY! — zagrzmiał.
Wuj Vernon, który zrobił sie˛ biały jak papier, wyja˛kał cos´ w rodzaju
„bdmwdm”. Hagrid wpatrywał si˛e w Harry’ego dzikim wzrokiem.
— Ale przecie˙z musisz wiedzie´c o swoich rodzicach. ˙ Ze byli sławni. Tak jak
ty.
—Co? Moja. . . mama i mój tata byli. . . sławni?
— Ty nic nie wiesz. . . ty nic nie wiesz. . . — Hagrid czochrał si˛e po głowie,
utkwiwszy w Harrym oszołomiony wzrok.
—A wi˛ec nie wiesz, kim jeste´s?—zapytał w ko´ncu.
Wuj Vernon nagle odzyskał mow˛e.
—Stop!—krzykna˛ł.—Ani słowa wie˛cej! Zabraniam panu mówienia czegokolwiek
temu chłopcu!
34
Spojrzenie, które mu rzucił Hagrid, odebrałoby odwag˛e dzielniejszemu od
Vernona Dursleya, a kiedy olbrzym przemówił, ka˙zda sylaba drgała w´sciekłym
gniewem.
— Nie powiedziałe´s mu? Nie powiedziałe´s mu, co było w li´scie, który przy
nim zostawił Dumbledore? Ja tam byłem, Dursley! Widziałem, jak Dumbledore
go zostawił! A ty ukrywałe´s to przed nim przez tyle lat?
— Co przede mna˛ ukrywał?—zapytał z˙ywo Harry.
— STOP! ZABRANIAM CI!—rykna˛ł przeraz˙ony wuj Vernon.
Ciotka Petunia dyszała gło´sno ze strachu.
— Ach, wypchajcie si˛e. . . mugole — powiedział Hagrid. — Harry. . . jeste´s
czarodziejem.
W izbie zapadło milczenie. Słycha´c było tylko morze i ´swist wiatru.
— Czym jestem?— wydyszał Harry.
—Czarodziejem, ma sie˛ rozumiec´ —odpowiedział Hagrid, siadaja˛c z powrotem
na kanapie, która j˛ekn˛eła i zapadła si˛e jeszcze ni˙zej — i powiedziałbym, ˙ze
diabelnie dobrym, trzeba ci˛e tylko troch˛e podszkoli´c. A niby czym miałby´s by´c,
maja˛c takich starych? I uwaz˙am, z˙e juz˙ najwyz˙szy czas, z˙ebys´ przeczytał ten list.
Harry wycia˛gna˛ł re˛ke˛, by wzia˛c´ od niego z˙ółtawa˛ koperte˛, zaadresowana˛ zielonym
atramentem: Pan H. Potter, Podłoga, Chata na Skale, Morze. Wyja˛ł list
i przeczytał:
HOGWART
SZKOŁA
MAGII i CZARODZIEJSTWA
Dyrektor: ALBUS DUMBLEDORE
(Order Merlina Pierwszej Klasy,
Wielki Czar., Gł. Mag,
Najwy˙zsza Szycha,
Mi˛edzynarodowa Konfed. Czarodziejów)
Szanowny Panie Potter,
Mamy przyjemno´s´c poinformowania Pana, ˙ze został Pan przyj˛ety
do SzkołyMagii i Czarodziejstwa Hogwart. Doła˛czamy liste˛ niezbe˛dnych
ksia˛z˙ek i wyposaz˙enia.
Rok szkolny rozpoczyna si˛e 1 wrze´snia.
Transport Gdynia
 
Właściciel tej strony nie aktywował dodatku "Toplista"!
Reklama
 
 
zzz
Herb Szczawnicy
 
Badania sondażowe
 
sonda
 
 
Łącznie 98281 odwiedzający (240083 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=