Wynajem autobusów
                                            Wynajem autobusów

Biały Dunajec

Chabówka

Czarny Dunajec Frycowa
Jazowsko

Klikuszowa

Kościelisko Łącko
Limanowa Lubomierz Młodów Mystków
Nowy Sącz Paszyn Poronin Rdzawka
Sromowce Wyżne
Stary Sącz Szczawa Tylmanowa
Zakopane Szczawnica Bukowina Tatrzańska Czarna Góra
Czorsztyn Grywałd Kamienica Kluszkowce
Krościenko nad Dunajcem
Lasek Łopuszna Maniowy
Mszana Dolna Niedzica Nowy Targ Piwniczna Zdrój
Rabka Zdrój Rytro Stara Wieś Szaflary
Zabrzeż Morskie Oko Dolina pięciu Stawów Białka Tatrzańska
Jurgów Leśnica Gronków Krośnica
Mszana Górna Zalesie Jaworki Krośnica
Stasikówka Rogoźnik Ostrowsko Kadcza
Rzeczanów Życzanów Sromowce Niżne Gołkowice Dolne Maszkowice


Wynajem autobusów Zakopane
—Mogłem si˛e tego spodziewa´c.
Znalazł to, czego szukał, w wewne˛trznej kieszeni płaszcza. Wygla˛dało jak
srebrna zapalniczka. Otworzył to, uniósł i pstrykna˛ł. Najbliz˙sza latarnia zgasła
z lekkim trzaskiem. Pstrykna˛ł znowu — naste˛pna latarnia mrugne˛ła i zgasła.
Pstrykał wygaszaczem dwana´scie razy, a˙z jedynymi ´swiatłami na ulicy pozostały
dwa malen´kie punkciki—oczy obserwuja˛cego go kota. Gdyby ktos´ wyjrzał teraz
przez okno — nawet gdyby to była pani Dursley — nie byłby w stanie dostrzec,
co sie˛ dzieje na ulicy. Dumbledore wsuna˛ł wygaszacz za pazuche˛ i ruszył w kierunku
numeru czwartego, gdzie przysiadł na murku obok kota. Nie spojrzał na
niego, ale po chwili przemówił:
wynajem autobusów —Co za spotkanie, profesor McGonagall Odwrócił głowe˛, by us´miechna˛c´ sie˛
do burego kota, ale ten gdzies´ znikna˛ł. Zamiast tego us´miechał sie˛ do nieco srogo
wygla˛daja˛cej kobiety w prostoka˛tnych okularach, których kształt był identyczny
z ciemnymi obwódkami wokół oczu kota. Ona te˙z miała na sobie długi płaszcz,
tyle z˙e szmaragdowy. Czarne włosy upie˛ła w ciasny, bułeczkowaty kok. Wygla˛-
dała na bardzo wzburzona˛.
— Ska˛d pan wiedział, z˙e to ja?—zapytała.
— Ale˙z, droga pani profesor, nigdy nie widziałem kota, który by siedział tak
sztywno.
—Sam by pan zesztywniał, gdyby panu przyszło siedzie´c na murze przez cały
dzie´n— odpowiedziała profesor McGonagall.
— Cały dzien´ w ogóle pani nie s´wie˛towała? Ida˛c tutaj, musiałem wpas´c´ na
chyba z tuzin biesiad i przyje˛c´. Profesor McGonagall prychne˛ła ze złos´cia˛.
— Och, tak, wiem, wszyscy s´wie˛tuja˛. Moz˙na by pomys´lec´, z˙e powinni byc´
troch˛e ostro˙zniejsi, ale nie. Nawet mugole zauwa˙zyli, ˙ze co´s si˛e ´swi˛eci. Mówili
o tym w wieczornych wiadomo´sciach — Wskazała podbródkiem ciemne okna
wynajem autobusów salonu pan´stwa Dursleyów—Sama słyszałam. Stada sów, spadaja˛ce gwiazdy. Nie
sa˛ az˙ takimi głupcami.Musza˛ cos´ zauwaz˙yc´. Spadaja˛ce gwiazdy w Kencie!Moge˛
sie˛ załoz˙yc´, z˙e to sprawka Dedalusa Diggle. Nigdy nie odznaczał sie˛ rozsa˛dkiem.
— Trudno mie´c do niego pretensj˛e — stwierdził łagodnie Dumbledore —
W ko´ncu przez całe jedena´scie lat niewiele mieli´smy okazji do ´swi˛etowania.
— Wiem — powiedziała ze złos´cia˛ profesor McGonagall. — To jednak nie
powód, z˙eby całkowicie tracic´ głowe˛. Ludzie nie zachowuja˛ najmniejszej ostroz˙-
nos´ci, łaz˙a˛ po ulicach w biały dzien´, nawet nie racza˛ sie˛ przebrac´ w stroje mugoli,
wymieniaja˛ pogłoski.
Spojrzała na Dumbledore’a z ukosa, jakby oczekiwała, ˙ze co´s na to powie, ale
milczał, wie˛c cia˛gne˛ła dalej:
— Tego tylko brakuje, z˙eby w tym samym dniu, w którym w kon´cu znikna˛ł
Sam- Wiesz-Kto, mugole dowiedzieli si˛e o nas wszystkich. Dumbledore, mam
nadzieje˛, z˙e on naprawde˛ znikna˛ł, co?
8
— Na to wszystko wskazuje — odpowiedział Dumbledore. — Mamy za co
by´c wdzi˛eczni. Mo˙ze ma pani ochot˛e na cytrynowego dropsa?
—Na co?
—Na cytrynowego dropsa. To takie cukierki mugoli, które bardzo lubi˛e.
— Nie, dzi˛ekuj˛e — odpowiedziała chłodno profesor McGonagall, jakby
chciała podkre´sli´c, ˙ze nie jest to odpowiedni moment na cytrynowe dropsy. —
Jak mówie˛, nawet jes´li Sam-Wiesz-Kto rzeczywis´cie znikna˛ł. . .
— Droga pani profesor, czy taka rozsa˛dna osoba jak pani nie mogłaby dac´
sobie spokoju z ta˛ dziecinada˛? Przez jedenas´cie lat walczyłem z tym bzdurnym
„Sam-Wiesz-Kto”, próbuja˛c ludzi nakłonic´, by uz˙ywali jego włas´ciwego nazwiska
Voldemort. — Profesor McGonagall wzdrygn˛eła si˛e, ale Dumbledore, który
akurat usiłował odklei´c z rolki dwa dropsy, zdawał si˛e tego nie zauwa˙zy´c — To
wszystko staje sie˛ takie me˛tne, kiedy wcia˛z˙ mówimy „Sam-Wiesz-Kto” Nigdy nie
widziałem powodu, by ba´c si˛e wypowiedzenia prawdziwego nazwiska Voldemorta
—Wiem—powiedziała profesor McGonagall tonem, w którym irytacja mieszała
sie˛ z podziwem — Ale pan to co innego. Kaz˙dy wie, z˙e jest pan jedyna˛
osoba˛, której boi sie˛ Sam Wie. . . no, niech juz˙ be˛dzie. . . Voldemort
— Pochlebia mi pani — rzekł spokojnie Dumbledore. — Voldemort ma do
dyspozycji moce, jakich ja nigdy nie b˛ed˛e miał.
—Bo pan jest. . . no. . . zbyt szlachetny, by si˛e nimi posługiwa´c.
—Wielkie szcz˛e´scie, ˙ze jest ciemno. Nie zarumieniłem si˛e tak od czasu, kiedy
pani Pomfrey powiedziała, z˙e podobaja˛ sie˛ jej moje nauszniki. Profesor McGonagall
rzuciła na niego ostre spojrzenie i powiedziała:
— Sowy to nic w porównaniu z pogłoskami, jakie wsze˛dzie kra˛z˙a˛. Wie pan,
o czym wszyscy mówia˛? O przyczynie jego nagłego zniknie˛cia? O tym, co go
w ko´ncu powstrzymało?
Wygla˛dało na to, z˙e profesor McGonagall poruszyła wreszcie temat, o którym
bardzo chciała podyskutowa´c, a był to prawdziwy powód, dla którego czekała na
niego na zimnym, twardym murze przez cały dzie´n.Wka˙zdym razie do tej chwili
ani jako kot, ani jako kobieta nie utkwiła w Albusie Dumbledore tak s´widruja˛-
cego spojrzenia, jak teraz. Było oczywiste, ˙ze cokolwiek mówili „wszyscy”, nie
zamierzała w to uwierzy´c, póki Dumbledore nie powie jej, ˙ze to prawda. Lecz
Dumbledore odkleił sobie jeszcze jednego dropsa i milczał.
— A mówia˛— naciskała profesor McGonagall — z˙e zeszłej nocy Voldemort
pojawił sie˛ w Dolinie Godrika. Chciał odnalez´c´ Potterów. Kra˛z˙a˛ pogłoski, z˙e Lily
i James Potter. . . z˙e oni. . . nie z˙yja˛.
Dumbledore pokiwał głowa˛. Profesor McGonagall westchne˛ła głe˛boko.
—Lily i James. . . Nie mog˛e w to uwierzy´c. . . Nie chciałam w to uwierzy´c. . .
Och, Albusie. . .
Dumbledore wycia˛gna˛ł re˛ke˛ i poklepał ja˛ po ramieniu.
9
—Wiem. . . wiem. . . — pocieszał ja˛ cicho.
—To nie wszystko—oznajmiła profesor McGonagall roztrz˛esionym głosem.
—Mówia˛, z˙e próbował zabic´ syna Potterów, Harry’ego. Ale. . . nie mógł. Nie był
w stanie us´miercic´ małego chłopczyka! Nikt nie wie dlaczego ani jak, ale mówia˛,
˙ze od tego momentu pot˛ega Voldemorta jakby si˛e załamała. . . i wła´snie dlatego
gdzies´ znikna˛ł.
Dumbledore pokiwał ponuro głowa˛.
— A wie˛c to. . . to prawda? — wyja˛kała profesor McGonagall. — Po tym
wszystkim, co zrobił. . . Tylu ludzi pozabijał. . . i nie mógł zabi´c małego dziecka?
To wprost zdumiewaja˛ce. . . Tyle sie˛ robiło, z˙eby go powstrzymac´, az˙ tu nagle. . .
Ale. . . na miłos´c´ boska˛, jak temu Harry’emu udało sie˛ przez˙yc´?
—Pozostaje nam tylko zgadywa´c—powiedział Dumbledore.—Mo˙ze nigdy
si˛e nie dowiemy.
Profesor McGonagall wycia˛gne˛ła koronkowa˛ chusteczke˛ i zacze˛ła sobie osuszac
´ oczy pod okularami. Dumbledore wyja˛ł z kieszeni złoty zegarek, przyjrzał
mu sie˛ i mocno pocia˛gna˛ł nosem. Był to bardzo dziwny zegarek. Miał dwanas´cie
wskazówek, a nie miał w ogóle cyfr; zamiast tego po obwodzie tarczy kra˛z˙yły
male´nkie planety. Dumbledore musiał jednak co´s z niego odczyta´c, bo wło˙zył go
z powrotem do kieszeni i rzekł:
— Hagrid sie˛ spóz´nia. Nawiasem mówia˛c, to chyba on ci powiedział, z˙e tutaj
b˛ed˛e, tak?
— Tak — przyznała profesor McGonagall. — A mo˙zesz mi powiedzie´c, dlaczego
znalazłe´s si˛e akurat tutaj?
— To proste. Chc˛e zainstalowa´c Harry’ego u jego ciotki i wuja. To jedyna
rodzina, jaka mu pozostała.
— Ale˙z, Dumbledore. . . przecie˙z nie mo˙zesz mie´c na my´sli ludzi, którzy
mieszkaja˛ tutaj! — zawołała profesor McGonagall, zrywaja˛c sie˛ na równe nogi
i wskazuja˛c na numer czwarty. — Dumbledore. . . przeciez˙ to niemoz˙liwe. Obserwowałam
ich przez cały dzie´n. Trudno o dwoje ludzi, którzy tak by si˛e od nas
róz˙nili. I maja˛ syna. . . sama widziałam, jak kopał matke˛ na ulicy, wrzeszcza˛c,
˙zeby mu kupiła cukierki. I Harry Potter miałby tutaj zamieszka´c?
— Tu mu b˛edzie najlepiej — o´swiadczył stanowczo Dumbledore. — Jego
ciotka i wuj be˛da˛mogli mu wszystko wytłumaczyc´, kiedy troche˛ podros´nie. Napisałem
do nich list.
—List?—powtórzyła profesor McGonagall, siadaja˛c z powrotem na murku.
— Dumbledore, czy naprawde˛ sa˛dzisz, z˙e zdołasz im wszystko wyjas´nic´ w li-
s´cie? Przeciez˙ ci mugole nigdy go nie zrozumieja˛! Be˛dzie sławny. . . stanie sie˛
legenda˛. . . wcale bym sie˛ nie zdziwiła, gdyby odta˛d ten dzien´ nazywano Dniem
Harry’ego Pottera. . . be˛da˛o nim pisac´ ksia˛z˙ki. . . kaz˙de dziecko be˛dzie znało jego
imi˛e!
10
— S´wie˛ta racja — powiedział Dumbledore, spogla˛daja˛c na nia˛ z powaga˛ ponad
połówkami swoich szkieł.—Do´s´c, by zawróciło w głowie ka˙zdemu chłopcu.
Słynny, zanim nauczy si˛e chodzi´c i mówi´c! Słynny z czego´s, czego nawet nie pami
˛eta! Nie rozumiesz, ˙ze b˛edzie lepiej, jak najpierw troch˛e podro´snie, a dopiero
pó´zniej dowie si˛e o tym wszystkim?
Profesor McGonagall otworzyła usta, ale zmieniła zamiar, przełkn˛eła ´slin˛e
i powiedziała:
—Tak. . . tak, masz racj˛e, oczywi´scie. Ale jak on tutaj trafi? Zerkn˛eła na jego
płaszcz, jakby pomy´slała, ˙ze mo˙ze pod nim ukrywa´c Harry’ego.
—Hagrid go przyniesie.
—I mys´lisz, z˙e to. . . ma˛dre. . . powierzac´ Hagridowi tak waz˙na˛misje˛?
—Powierzyłbym mu swoje ˙zycie—odparł Dumbledore.
— Nie twierdze˛, z˙e ma serce po złej stronie — powiedziała z nieche˛cia˛ profesor
McGonagall—ale nie mo˙zna przymyka´c oczu na to, ˙ze jest troch˛e. . . no. . .
beztroski. Nie ma skłonno´sci do. . . Co to było? Cisz˛e wokół nich przerwał jakis
´ warkot. Spojrzeli na ulice˛, wypatruja˛c odblasku reflektorów, a warkot narastał
i narastał, a˙z zamienił si˛e w ryk, kiedy oboje spojrzeli w niebo, bo wła´snie stamta
˛d nadleciał wielki motocykl, który wyla˛dował tuz˙ przed nimi. Motocykl miał
naprawde˛ imponuja˛ce rozmiary, ale na człowieku, który go dosiadał, nie mogło to
robi´c ˙zadnego wra˙zenia. Wzrostem dwukrotnie przewy˙zszał normalnego człowieka,
a szerszy był przynajmniej pi˛eciokrotnie. Trudno było uwierzy´c w jego wymiary,
a był przy tym niesamowicie dziki — długie, zmierzwione czarne włosy
wynajem autobusów i broda prawie całkowicie przykrywały mu twarz, dłonie miał wielko´sci pokryw
od pojemników na ´smieci, a stopy w wysokich, skórzanych butach przypominały
małe delfiny.Wprzepastnych, muskularnych ramionach trzymał małe zawinia˛tko.
—Hagrid!—powitał go z ulga˛Dumbledore.—Nareszcie. Ska˛d wytrzasna˛łes´
ten motocykl?
— Poz˙yczyłem go, panie psorze — odpowiedział olbrzym, złaz˙a˛c ostroz˙nie
z motocykla.— Od młodego Syriusza Blacka. Mam go, panie psorze.
— Nie było ˙zadnych trudno´sci?
— Nie, panie psorze. . . Dom był całkiem rozwalony, ale go wycia˛głem, zanim
zaroiło sie˛ od mugoli. Zasna˛ł, bidula, jak przelatywalis´my nad Bristolem.
Dumbledore i profesor McGonagall pochylili sie˛ nad zawinia˛tkiem.Wyłaniała sie˛
z niego buzia us´pionego niemowle˛cia. Na jego czole, pod ke˛pka˛ kruczoczarnych
włosów, zobaczyli dziwna˛ blizne˛, przypominaja˛ca˛ błyskawice˛.
—To wła´snie tu?. . . — wyszeptała profesor McGonagall.
— Tak— odrzekł Dumbledore.—Zostanie mu na zawsze.
— Nie mo˙zesz czego´s z tym zrobi´c?
— Nawet gdybym mógł, to bym nie zrobił. Blizny moga˛ sie˛ przydac´. Sam
mam jedna˛ nad lewym kolanem, jest doskonałym planem londyn´skiego metra.
No dobrze, daj mi go, Hagrid. . . miejmy to juz˙ za soba˛.
11
Dumbledore wzia˛ł Harry’ego w ramiona i zwrócił sie˛ w strone˛ domu Durseyów.
—Mo˙ze. . . mógłbym si˛e z nim po˙zegna´c, panie psorze?—zapytał Hagrid.
Pochylił swoja˛ wielka˛, kudłata˛ głowe˛ nad Harrym i obdarzył go czyms´, co
musiało byc´ bardzo drapia˛cym, włochatym pocałunkiem. A potem nagle zawył
jak zraniony pies.
— Cicho!— sykn˛eła profesor McGonagall—Obudzisz mugoli!
—Przeepraaaszam—zapłakał Hagrid, wydobywaja˛c z kieszeni wielka˛chustke
˛ w kropki i chowaja˛c w nia˛ twarz.—Ale nie moge˛ wwwytrzymac´. Lily i James
nie z˙yja˛. . . a biedny mały Haarry ma tu mieszkac´ z mugolami. . .
wynajem autobusów — Tak, tak, to bardzo przygne˛biaja˛ce, ale wez´ sie˛ w gars´c´, Hagrid, bo nas
wszystkich złapia˛—wyszeptała profesor McGonagall, klepia˛c go energicznie po
ramieniu, a tymczasem Dumbledore przełaził przez niski murek i podszedł do
frontowych drzwi. Połoz˙ył Harry’ego ostroz˙nie na schodkach, wyja˛ł z płaszcza
list, wsuna˛ł go mie˛dzy koce, po czym wrócił. Wszyscy troje stali przez równa˛
minute˛, patrza˛c na zawinia˛tko; ramiona Hagrida dygotały, profesor McGonagall
mrugała zawzi˛ecie, a ogniki, które zwykle jarzyły si˛e w oczach Dumledore’a,
przygasły.
— No có˙z — powiedział w ko´ncu Dumbledore — to by było na tyle. Nie ma
co tutaj sterczec´. Trzeba gdzies´ is´c´ i przyła˛czyc´ sie˛ do s´wie˛towania.
—Taaa— odezwał si˛e Hagrid stłumionym głosem.
— Chyba wezm˛e i oddam motor Syriuszowi. Dobranoc, pani psor. . . dobranoc,
panie psorze. Otarłszy oczy r˛ekawem kurtki, Hagrid wskoczył na motocykl
i kopna˛ł w pedał zapłonu. Silnik zaryczał i po chwili wehikuł wzniósł sie˛ w powietrze
i znikna˛ł w ciemnos´ciach nocy.
—Mam nadziej˛e, ˙ze wkrótce si˛e zobaczymy, profesor McGonagall—powiedział
Dumbledore, chyla˛c przed nia˛ głowe˛.
Profesor McGonagall wydmuchała hała´sliwie nos. Dumbledore odwrócił si˛e
i pomaszerował ulica˛. Na rogu przystana˛ł i wyja˛ł wygaszacz. Tymrazempstrykna˛ł
nim tylko raz i natychmiast dwana´scie ´swietlistych rac pomkn˛eło ku swoim latarniom,
tak ˙ze zrobiło si˛e nagle pomara´nczowo.Wtym samym momencie zobaczył
burego kota, znikaja˛cego włas´nie za rogiem na drugim kon´cu uliczki. Dostrzegł
te˙z tobołek na schodkach przed drzwiami numeru czwartego.
—Powodzenia, Harry—mrukna˛ł pod nosem, po czym odwrócił sie˛ na pie˛cie
i odszedł, szumia˛c połami płaszcza. Lekki wiaterek zatrzepotał listkami równo
przyci˛etego ˙zywopłotu przy Prive Drive. U´spiona, schludna uliczka nie kojarzyła
sie˛ ani na troche˛ z miejscem, w którym mogłyby sie˛ dziac´ tak zdumiewaja˛ce
rzeczy.
Harry Potter przewrócił sie˛ na bok wewna˛trz tobołka, ale nawet nie otworzył
oczu. Mała ra˛czka zacisne˛ła sie˛ na lis´cie i spał dalej, nie wiedza˛c, z˙e jest kims´
niezwykłym, nie wiedza˛c, z˙e jest sławny, nie wiedza˛c, z˙e za kilka godzin zostanie
12
obudzony wrzaskiem pani Dursley, otwieraja˛cej drzwi, by zabrac´ butelki z mlekiem,
ani tego, ˙ze przez nast˛epne kilka tygodni b˛edzie szturchany i szczypany
przez swojego kuzyna Dudleya. . . Nie mógł wiedzie´c, ˙ze w tym samym momencie
róz˙ni ludzie, spotykaja˛cy sie˛ potajemnie w róz˙nych miejscach kraju, wznosili
szklanki i mówili przytłumionym głosem:
—Za Harry’ego Pottera. . . za chłopca, który prze˙zył!
Transport Gdynia
 
Właściciel tej strony nie aktywował dodatku "Toplista"!
Reklama
 
 
zzz
Herb Szczawnicy
 
Badania sondażowe
 
sonda
 
 
Łącznie 99382 odwiedzający (242901 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=