Przewozy osobowe

                                           Przewozy osobowe

 

Biały Dunajec

Chabówka

Czarny Dunajec Frycowa
Jazowsko

Klikuszowa

Kościelisko Łącko
Limanowa Lubomierz Młodów Mystków
Nowy Sącz Paszyn Poronin Rdzawka
Sromowce Wyżne
Stary Sącz Szczawa Tylmanowa
Zakopane Szczawnica Bukowina Tatrzańska Czarna Góra
Czorsztyn Grywałd Kamienica Kluszkowce
Krościenko nad Dunajcem
Lasek Łopuszna Maniowy
Mszana Dolna Niedzica Nowy Targ Piwniczna Zdrój
Rabka Zdrój Rytro Stara Wieś Szaflary
Zabrzeż Morskie Oko Dolina pięciu Stawów Białka Tatrzańska
Jurgów Leśnica Gronków Krośnica
Mszana Górna Zalesie Jaworki Krośnica
Stasikówka Rogoźnik Ostrowsko Kadcza
Rzeczanów Życzanów Sromowce Niżne Gołkowice Dolne Maszkowice


Oferujemy Państwu tanie expresowe przewozy osobowe (połączenia) nowymi samochodami.

Przewozy osobowe

— Wynos´cie sie˛ obaj — zaskrzeczał wuj Vernon, wsuwaja˛c list do koperty.
Harry nie drgna˛ł.
—CHCE˛MÓJ LIST! — krzykna˛ł.
—Musze˛ go zobaczyc´! — wrzasna˛ł Dudley.
—WYNOCHA!—rykna˛ł wuj Vernon, po czym chwycił Harry’ego i Dudleya
za karki i wyrzucił ich do przedpokoju, zatrzaskuja˛c za nimi drzwi do kuchni.
Harry i Dudley rzucili sie˛ na siebie w milczeniu, walcza˛c o to, kto przyłoz˙y ucho
do dziurki od klucza. Zwycie˛z˙ył Dudley, wie˛c Harry, z okularami wisza˛cymi mu
na jednym uchu, połoz˙ył sie˛ płasko na brzuchu, drugim uchem przywieraja˛c do
szczeliny mie˛dzy drzwiami a podłoga˛.
—Vernonie—mówiła ciotka Petunia rozdygotanym głosem—spójrz na ten
adres. . . ska˛d oni mogli wiedziec´, gdzie on sypia? Mys´lisz, z˙e obserwuja˛ nasz
dom?
— Obserwuja˛. . . szpieguja˛. . . moz˙e za nami łaz˙a˛—mrukna˛ł wuj Vernon.
— Wi˛ec co powinni´smy zrobi´c, Vernonie? Odpisa´c? Powiedzie´c im, ˙ze nie
chcemy. . .
Harry widział czarne, błyszcza˛ce półbuty wuja Vernona, maszeruja˛ce tam
i z powrotem po kuchni.
—Nie—oznajmił w ko´ncu.—Nie, po prostu to zignorujemy. Je´sli nie otrzymaja
˛ odpowiedzi. . . Tak, to najlepsze wyjs´cie. . . po prostu nic nie zrobimy. . .
—Ale. . .
— Petunio, nikogo takiego nie ma w naszym domu! Czy kiedy go przygarn˛eli
´smy, nie przysi˛egli´smy sobie, ˙ze wyplenimy z niego te niebezpieczne bzdury?
Tego popołudnia, po powrocie do domu, wuj Vernon zrobił co´s, czego nigdy
dota˛d nie robił: odwiedził Harry’ego w jego komórce pod schodami.
— Gdzie jest mój list? — zapytał Harry, gdy tylko wuj Vernon przecisna˛ł sie˛
przez drzwi.— Kto do mnie napisał?
— Nikt. List zaadresowano do ciebie przez pomyłk˛e — o´swiadczył krótko
wuj Vernon.— Spaliłem go.
— To nie była pomyłka — powiedział ze złos´cia˛Harry. — Była na nim moja
komórka.
—MILCZ!—rykna˛ł wuj Vernon, a kilka paja˛ków spadło z sufitu.Wzia˛ł pare˛
głe˛bokich oddechów, a potem zmusił sie˛ do us´miechu, który wygla˛dał tak, jakby
go rozbolał brzuch.
— Eee. . . tak, Harry. . . co do tej komórki. . . Twoja ciotka i ja pomy´sleli´smy
sobie. . . ˙ze jeste´s ju˙z taki du˙zy. . . No wi˛ec uwa˙zamy, ˙ze mo˙ze by ci było wygodniej
w drugiej sypialni Dudleya.
— Dlaczego?— wyja˛kał Harry.
—Nie zadawaj pytan´!—warkna˛ł wuj.—Zabierz swoje rzeczy i idz´ na góre˛.
25
Dursleyowie mieli cztery sypialnie: jedna˛ dla wuja Vernona i ciotki Petunii,
jedna˛dla gos´ci (zwykle nocowała tamMarge, siostra wuja Vernona), jedna˛, w której
spał Dudley, i jedna˛, w której trzymał swoje stare zabawki i rzeczy, które nie
mie´sciły si˛e w jego pierwszej sypialni.
Harry’emu wystarczyło przej´s´c z komórki na pierwsze pi˛etro tylko raz, aby
przenie´s´c wszystko, co posiadał. Usiadł na łó˙zku i rozejrzał si˛e po pokoju. Prawie
wszystko było połamane lub zepsute. Stara kamera wideo le˙zała na małym czołgu
na baterie, którym Dudley wjechał kiedys´ w psa sa˛siadów; w ka˛cie stał pierwszy
telewizor Dudleya, który rozwalił kopniakiem, kiedy przestano nadawa´c jego
ulubiony program; była te˙z wielka klatka dla ptaków, w której kiedy´s mieszkała
papuga, ale pewnego dnia Dudley wymienił ja˛ w szkole na prawdziwa˛ wiatrówk
˛e. Klatka stała na półce, której jeden koniec zwisał sm˛etnie, bo Dudley kiedy´s
na niej usiadł. Inne półki zawalone były ksia˛z˙kami. Były to jedyne przedmioty
w tym pokoju, które wygla˛dały, jakby ich nikt nigdy nie dotykał. Z dołu dobiegły
je˛ki Dudleya, skarz˙a˛cego sie˛ matce:
— Nie chce go tam. . . Ten pokój jest mi potrzebny. . . Wywal go stamta˛d. . .
Harry westchna˛ł i wycia˛gna˛ł sie˛ na łóz˙ku. Jeszcze wczoraj oddałby wszystko,
˙zeby tu zamieszka´c. Dzisiaj wolałby siedzie´c w swojej komórce z tym listem, ni˙z
tutaj bez niego.
Naste˛pnego dnia przy s´niadaniu było dos´c´ spokojnie. Dudley pogra˛z˙ony był
w gł˛ebokim szoku. Nie pomogło wycie, grzmocenie ojca smeltingiem, symulowanie
wymiotów, kopanie matki, rzucenie ˙zółwiem w ´sciank˛e terrarium, tak ˙ze
wpadł przez zbita˛ szybe˛ do s´rodka. Drugiej sypialni nie odzyskał.
Harry wspominał wczorajszy poranek i przeklinał sam siebie, ˙ze nie otworzył
listu w przedpokoju.
Wuj Vernon i ciotka Petunia spogla˛dali na siebie ponurym wzrokiem. Kiedy
przyszła poczta, wuj Vernon, który sprawiał wra˙zenie, jakby chciał by´c miły dla
Harry’ego, kazał Dudleyowi ja˛ przynies´c´. Najpierw usłyszeli łomot, kiedy walił
smeltingiem we wszystko, co było w przedpokoju, a potem jego okrzyk:
— Jest nast˛epny! „Pan H. Potter, Najmniejsza Sypialnia, Privet Drive 4. . . ”
Wuj Vernon wydał z siebie zduszony okrzyk, zerwał si˛e z krzesła i pobiegł do
przedpokoju, a za nim pobiegł Harry.
˙ Zeby wydrze´c Dudleyowi list, wuj Vernon musiał powali´c go na podłog˛e, co
okazało si˛e trudne, bo Harry złapał wuja Vernona od tyłu za szyj˛e. Po minucie
za˙zartej walki, w której jedna i druga strona oberwała smeltingiem, wuj Vernon
wyprostował sie˛, dysza˛c cie˛z˙ko, z listem Harry’ego w re˛ku.
— Id´z do swojej komórki. . . znaczy si˛e, do swojej sypialni — wycharczał
w stron˛e Harry’ego.— A ty Dudley. . . odejd´z. . . po prostu zejd´z mi z oczu.
Harry kra˛z˙ył po swoim nowym pokoju, nie moga˛c sie˛ uspokoic´. Ktos´ wiedział,
˙ze przeniesiono go z komórki i ˙ze prawdopodobnie nie otrzymał pierwszego listu.
Moz˙e spróbuja˛ jeszcze raz? Na pewno. Ale tym razem sie˛ nie zawioda˛. Harry
26
miał ju˙z pewien plan. Nast˛epnego ranka zreperowany budzik zadzwonił o szóstej.
Harry szybko wyła˛czył alarm i ubrał sie˛ po cichu. Wiedział, z˙e nie moz˙e obudzic´
Dursleyów. Zszedł ostroz˙nie na dół, nie zapalaja˛c z˙adnego s´wiatła. Miał zamiar
czekac´ na listonosza na rogu Privet Drive i wzia˛c´ od niego listy przeznaczone dla
numeru czwartego. Serce biło mu jak młot, kiedy skradał si˛e ciemnym przedpokojem
do frontowych drzwi. . .
— AAAAU! Harry podskoczył w powietrze; wszedł jedna˛ noga˛ na cos´ wielkiego
i rozlazłego, co spoczywało na macie przed drzwiami—co´s ˙zywego!
Na górze pstrykn˛eły ´swiatła i Harry, ku swemu przera˙zeniu, zobaczył, ˙ze to
cos´ wielkiego i rozlazłego było twarza˛ jego wuja.Wuj Vernon lez˙ał pod drzwiami
w s´piworze, najwyraz´niej chca˛c sie˛ upewnic´, z˙e Harry nie zrobi tego, co włas´nie
próbował zrobi´c.
Wrzeszczał na Harry’ego przez pół godziny, a potem kazał mu i´s´c do kuchni
i przynie´s´c fili˙zank˛e herbaty. Zrozpaczony Harry powlókł si˛e do kuchni, a kiedy
wrócił, listy akurat wpadły przez szpar˛e prosto w r˛ece wuja Vernona.
Harry zda˛z˙ył zauwaz˙yc´ trzy listy zaadresowane tym samym zielonym atramentem.
—Chce˛. . . —zacza˛ł, ale wuj Vernon darł juz˙ listy na kawałki. Tego dnia wuj
Vernon nie poszedł do pracy. Został w domu i zabił gwo´zdziami szpar˛e na listy.
—Mam na nich sposób—wyja´snił ciotce Petunii przez z˛eby, którymi ´sciskał
kilka gwoz´dzi. — Jes´li nie be˛da˛ mogli dostarczyc´ listów, po prostu dadza˛ nam
spokój.
—Nie jestem pewna, czy to poskutkuje, Vernonie.
— Och, Petunio, oni rozumuja˛ bardzo dziwnie, oni nie sa˛ tacy jak ty albo ja
— powiedział wuj Vernon, próbuja˛c wbic´ gwóz´dz´ w kawałek owocowego ciasta,
który mu wła´snie przyniosła ciotka Petunia.
W pia˛tek przyszło az˙ dwanas´cie listów zaadresowanych do Harry’ego. Szpara
w drzwiach była zabita, wi˛ec wci´sni˛eto je przez szczelin˛e pod drzwiami, wetkni
˛eto w szpary po bokach, a kilka wepchni˛eto przez małe okienko łazienki na
parterze.
Wuj Vernon znowu nie poszedł do pracy. Po spaleniu wszystkich listów wzia˛ł
młotek i gwo´zdzie, po czym pozabijał szpary i szczeliny w drzwiach frontowych
i kuchennych, tak ˙ze nikt nie mógł wyj´s´c. Nucił pod nosem „Na palcach przez
tulipany” i podskakiwał przy najcichszym odgłosie.
Wsobot˛e wszystko zacz˛eło si˛e wymyka´c spod kontroli. Do domu przenikn˛eły
dwadzie´scia cztery listy, zwini˛ete w kulki i ukryte w dwóch tuzinach jajek, które
zdumiony mleczarz podał ciotce Petunii przez okno w salonie. Podczas gdy wuj
Vernon dzwonił, ws´ciekły, na poczte˛ i do mleczarni, próbuja˛c znalez´c´ kogos´, komu
by mógł zło˙zy´c za˙zalenie, ciotka Petunia mia˙zd˙zyła listy na papk˛e w mikserze.
27
— Bardzo jestem ciekaw, komu moz˙e az˙ tak bardzo zalez˙ec´, z˙eby sie˛ z toba˛
porozumie´c?— zapytał Dudley Harry’ego.
* * *
Kiedy w niedziele˛ rano wuj Vernon usiadł przy stole, wygla˛dał na człowieka
zm˛eczonego i niezbyt zdrowego, ale szcz˛e´sliwego.
— W niedziele nie przynosza˛ poczty — przypomniał im rados´nie, rozsmarowuja
˛c dz˙em po gazecie.— Dzis´ nie be˛dzie z˙adnych przekle˛tych listów. . .
Co´s spadło przez komin i pacn˛eło go mocno w tył głowy. W nast˛epnej chwili
jakie´s trzydzie´sci albo czterdzie´sci listów wystrzeliło spod okapu kuchennego jak
seria pocisków.
Dursleyowie zrobili serie˛ uników, ale Harry podskoczył, próbuja˛c złapac´ jeden
list w powietrzu. . .
— Wynocha! WYNOCHA!
Wuj Vernon zda˛z˙ył złapac´ Harry’ego wpół i przewozy osobowe wypchna˛c´ do przedpokoju. Po
chwili z kuchni wypadła ciotka Petunia, a za nia˛ Dudley, osłaniaja˛c głowy re˛-
kami. Wuj Vernon szybko zatrzasna˛ł drzwi. Wszyscy słyszeli, jak nieprzerwany
strumien´ listów wlewa sie˛ do kuchni, odbijaja˛c od s´cian i podłogi.
— Dos´c´ tego — rzekł wuj Vernon, staraja˛c sie˛ mówic´ spokojnie, ale jednoczes
´nie wyrywaja˛c sobie spore ke˛pki wa˛sów. — Za pie˛c´ minut macie byc´ gotowi
do opuszczenia domu. Spakujcie tylko niezb˛edne ubrania. ˙ Zadnych dyskusji!
Wygla˛dał tak groz´nie, z˙e nikt nie os´mielił mu sie˛ sprzeciwic´. Dziesie˛c´ minut
pó´zniej udało im si˛e wyłama´c pozabijane drzwi i po chwili siedzieli w samochodzie,
pe˛dza˛c ku autostradzie. Dudley chlipał na tylnym siedzeniu; oberwał od ojca
po głowie, kiedy próbował wcisna˛c´ do torby sportowej telewizor, wideo i komputer.
Jechali i jechali. Ciotka Petunia nie s´miała nawet zapytac´, doka˛d jada˛. Co
chwile˛ wuj Vernon zakre˛cał ostro i przez jakis´ czas jechał w przeciwna˛ strone˛ niz˙
dotychczas.
— Odczepi´c si˛e od nich. . . zgubi´c ich — mruczał pod nosem za ka˙zdym razem.
Przez cały dzie´n nie zatrzymali si˛e, aby co´s zje´s´c lub czego´s si˛e napi´c. Kiedy
zapadł wieczór, Dudley wył jak pies. Tak podłego dnia nie prze˙zył jeszcze nigdy
w ˙zyciu. Był głodny, przepadło mu pi˛e´c programów telewizyjnych i jeszcze nigdy
nie upłyne˛ło az˙ tyle czasu, odka˛d po raz ostatni zrobił krwawa˛miazge˛ z kilkunastu
przeciwników w grze komputerowej.
28
Wuj Vernon zatrzymał sie˛ w kon´cu przed ponuro wygla˛daja˛cym hotelem na
przedmie´sciu jakiego´s du˙zego miasta. Dudley i Harry dostali jeden pokój z bli´zniaczymi
łó˙zkami i wilgotnymi, zat˛echłymi prze´scieradłami. Dudley chrapał, ale
Harry i tak nie spał, siedza˛c w oknie, patrza˛c na s´wiatła przejez˙dz˙aja˛cych samochodów
i rozmys´laja˛c. . .
Nast˛epnego dnia dostali na ´sniadanie wyra´znie przeterminowane płatki kukurydziane
i pomidory z puszki na zimnych tostach. Wła´snie sko´nczyli, kiedy do ich
stolika podeszła wła´scicielka hotelu.
— Przepraszam, ale kto´s z pa´nstwa jest chyba panem H. Potterem? Wła´snie
przynie´sli mi do recepcji ze sto takich listów. Podniosła list, tak ˙ze ka˙zdy mógł
przeczyta´c wypisany zielonym atramentem adres:
Pan H. Potter
Pokój 17
Hotel „Dworcowy”
Cokeworth.
Harry sie˛gna˛ł po list, ale wuj Vernon podbił mu re˛ke˛ w powietrzu i sam złapał
kopert˛e. Kobieta wytrzeszczyła oczy.
—Ja je wezme˛ —powiedział wuj Vernon, zrywaja˛c sie˛ z krzesła i wychodza˛c
za nia˛ z jadalni.
* * *
— Kochanie, czy nie byłoby lepiej wróci´c do domu? — zapytała nie´smiało
ciotka Petunia kilka godzin pó´zniej, ale wuj Vernon sprawiał wra˙zenie, ˙ze jej nie
słyszy. Nikt nie miał poje˛cia, doka˛d włas´ciwie jada˛ i czego wuj szuka.
Raz zatrzymał samochód po´srodku wielkiego lasu, wysiadł, rozejrzał si˛e, potrza
˛sna˛ł głowa˛, wrócił do auta i ruszył dalej. To samo wydarzyło sie˛ pos´rodku pola
ornego, w połowie długiego mostu i na szczycie wielopoziomowego parkingu.
— Tatu´s zwariował, prawda?—zapytał po południu Dudley ciotk˛e Petuni˛e.
Wuj Vernon zaparkował na plaz˙y, zamkna˛ł ich w samochodzie i znikna˛ł. Zacz
˛eło pada´c. Wielkie krople b˛ebniły w dach samochodu. Dudley chlipał, cały zasmarkany.
— Dzisiaj jest poniedziałek — biadolił. — Wieczorem b˛edzie „Wielki Humberto”.
Chc˛e si˛e zatrzyma´c gdzie´s, gdzie b˛edzie telewizja.
29
Transport Gdynia
 
Właściciel tej strony nie aktywował dodatku "Toplista"!
Reklama
 
 
zzz
Herb Szczawnicy
 
Badania sondażowe
 
sonda
 
 
Łącznie 99382 odwiedzający (242891 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=